POMOŻECIE MI ZNÓW UWIERZYĆ W LUDZI?

Hej kochani 💙

Za napisanie tego postu zabierałam się dość długo i zastanawiałam się, czy w ogóle ma sens jego pisanie. Zdecydowałam, że tak, że kolejny raz spróbuję obudzić w ludziach uczucia o których być może już zapomnieli.
Dziesiątki razy na tym blogu pisałam gdzie pracuję i czym się zajmuję, może jednak ktoś nie czytał wcześniejszych postów, zatem od początku...
Mam na imię Marzena, mieszkam w Łodzi, jestem w słusznym wieku (44lata) i pracuję zawodowo...
Pracuję w jednym z Łódzkich szpitali jako dystrybutor żywności a tak po ludzku, jako Pani Kuchenkowa 😁 Normalnie rzec można największa szycha na oddziale, zaraz po oddziałowej 😂
W CKD pracuję niedługo bo dopiero od stycznia, rozdaję żarełko na dwóch najgorszych oddziałach- chirurgii i wewnętrznym.
Szczerze mogę powiedzieć, że nie sądziłam iż wytrzymam tak długo w tej pracy. Zapewne zapytacie czemu?
Zatrudniając się w firmie cateringowej, nie do końca miałam pojęcie z czym przyjdzie mi się zetknąć, co stanie się moją codziennością i jak będę dawała radę.
Pracę rozpoczęłam dokładnie 16 stycznia, pamiętam jak dziś, pierwsze zetknięcie z zapachem i widokiem oddziału...
Wiedziałam, że w szpitalu leżą chorzy ludzie, przecież sama leżałam kilkanaście razy, miałam kilka operacji więc w czym problem... i tu jakże bardzo się myliłam.
Jasne , wyleżałam się po szpitalach ale na kobiecych oddziałach, tam bywają tragedie, ból, cierpienie ale zupełnie inne niż to z którym aktualnie mam do czynienia.
Pierwsze dni w pracy jakimś cudem były w miarę lekkie (jak się teraz okazuje), co prawda wracałam bardzo zmęczona fizycznie ale psychicznie starałam się nie obciążać.
Pierwszy szok przeżyłam mniej więcej po tygodniu.
Leżał wtedy przemiły staruszek, poznawaliśmy się w trakcie rozdawania posiłków, wiedziałam, że był kiedyś w świetnej formie, był nauczycielem wychowania fizycznego w liceum. Teraz był to wrak człowieka, rak rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie, posuwał do przodu i zajmował kolejne "przyczółki". Mimo wszystko Pana T. nigdy nie opuszczał dobry nastrój, umawiał się ze mną na śniadanie do łóżka i kolację przy świecach, opowiadał o miłości do młodzieży, o rodzinie. Fakt, jego rodzina była cudowna, żona i dzieci codziennie przychodzili, pomagali mu w najprostszych czynnościach, których On już nie ogarniał. Powoli gasnął, ale z tego zdałam sobie sprawę dopiero gdy wylądował na R-ce (sala reanimacyjna)...
Dwa dni później, niestety na mojej zmianie Pan T odszedł, po cichu, przy rodzinie i przy mnie.
To było moje pierwsze spotkanie ze śmiercią obcej mi osoby, możecie wierzyć lub nie ale płakałam tak jakby umarła mi najbliższa osoba na świecie, totalnie nie mogłam się pogodzić z tym faktem, tym razem ja nie ogarniałam tematu...
Cóż, mówią, że pierwszy zgon pamięta się do końca życia i chyba coś w tym jest, nadal jak zamknę oczy, widzę uśmiechniętą twarz Pana T.
Dlaczego o tym piszę? Bo przez ten prawie rok widziałam tyle cierpienia, bólu, bezradności i bezsilności, ile niektórzy nie zobaczą przez całe swoje życie.
Dziś jestem już troszkę silniejsza, uczę się jak rozmawiać z ludźmi skazanymi na śmierć, w sumie czy tego trzeba się uczyć? Wystarczy otworzyć dla nich serce i słuchać. Mają tak wiele do powiedzenia tylko potrzebują chętnych uszu.
Nie wolno mi pisać o pacjentach imiennie, dlatego każdy przypadek to dla mnie kolejna litera. Wiele tych liter już wypadło z alfabetu, ale jeszcze wiele jest na oddziale, wielu można pomóc. Ostatnio umarła Pani M, młoda, nie skończyła nawet 40 i już pożegnała się ze światem... Tym razem alkohol zebrał żniwo... Inny przypadek Pani K, starsza przemiła Pani, która całe życie poświęciła innym a na koniec została sama jak palec, umierała też sama.
I właśnie o tej samotności, bezradności chciałabym dziś napisać, wykrzyczeć całą swoją złość, cały ból i wszystkie emocje, które mną targają od dłuższego czasu.
Jestem tylko kuchenkową ale widzę dużo, może dlatego, że nie "zamykam oczu" i nie skupiam się jedynie na karmieniu.
Widzę, że często trafiają na oddział ludzie bezdomni, samotni, zrozpaczeni i opuszczeni, nie dość, że cierpią z powodu choroby, ułomności bądź po prostu wieku, to jeszcze okazuje się, że rodzina o nich zapomniała, bądź nie mają rodziny. Wiele takich opowieści słyszałam- Pani Marzenko, pochowałam męża, dzieci, po cóż mam żyć, i poddają się, dosłownie niknął w oczach. Takiemu człowiekowi chyba nie da się już pomóc, żadnymi słowami, żadnym gestem, bo i co można powiedzieć? Pani M, trzeba żyć dla siebie? W takich sytuacjach mogę jedynie pomóc super obsługą, życzliwością i kolejny raz służąc moim "uchem".
Nie powiem, bywa czasem i zupełna odwrotność. Do dziś pamiętam przemiłą Panią M, której synowie z żonami, wnuki, kuzyni i ciężko wyczuć kto jeszcze, odwiedzali codziennie, nawet kilkukrotnie, trzymali Ją za rękę, nucili piosenki, głaskali po głowie. Ten widok również zapamiętam do końca życia, Pani M umierała otoczona rodziną, miłością i pomimo całej rozpaczy, ta śmierć była inna...
Śmierć niestety towarzyszy mi każdego dnia i to właśnie jest najtrudniejsze w tej pracy. Śmierć cicha, samotna, bądź też głośna, bolesna. Każda inna ale każda związana z historią człowieka.
Nigdy nie sądziłam, że jestem tak twarda i oswoję się z tym "zjawiskiem"... Co ja za brednie wypisuję, nie oswoiłam się i nie oswoję, każda śmierć zapada mi w pamięć, rani serce i sieje spustoszenie w mózgu.
Dobra ale zakończmy ten ciężki temat i przejdźmy do cięższego... Samotność...
Wielu starszych ludzi jest samotnych i doskonale to widać właśnie na oddziale, pozostawieni sami sobie ze swoim cierpieniem, rozpamiętują życie, swoje błędy, porażki, swoje sukcesy i wzniosłe chwile. Czasem jest to bełkot konającego człowieka a czasem zupełnie świadome opowieści o życiu. Ci ludzie często mają piękne, duże rodziny, tylko te rodziny zapomniały, że mają babcię mamę, tatę czy dziadka, pradziadka. Zapomnieli, że ten stary człowiek poświęcił dla nich wiele, aby ich wychować, wykształcić...
Nie chcę generalizować bo zaraz się dowiem, że nie wszyscy ludzie są dobrzy i nie każdemu na starość należy się szacunek...
Jasne, możemy tak do tego podejść, ale czy warto?
Moja matka mnie urodziła i pozostawiła u babci bo była młoda i wolała poszaleć, babcia zginęła w pożarze jak miałam 7 lat, trafiłam do domu dziecka... Nie będę się rozpisywać ale mogę śmiało powiedzieć, że nie mam powodu użalać się nad moją mamą, jednak wiem, że gdy będzie kończyła żywot, będę przy niej ( chyba, że mnie o tym nikt nie powiadomi, bo tak też może być). Teraz jeszcze jestem jej niepotrzebna gdyż nie chcę sponsorować jej pijaństwa ale myślę, że nadejdzie ten czas, kiedy się ocknie i pomyśli, że miło by było gdyby ktoś jej podał przysłowiowy kubek wody. Ech, znów zeszłam z tematu, więc wracajmy...
Dlaczego ten post powstał?
Odpowiedź jest dziecinnie prosta, chcę pomóc ludziom, którzy przebywają w szpitalu na oddziale na którym pracuję.
Kilka dni temu na fb wstawiłam post, że poszukuję pościeli, pidżam, koszulek, koszul nocnych...
Nie, nie dla mnie, póki co mam w czym i pod czym spać.
Jednak oddział boryka się z dużymi brakami w tym segmencie.
Starszych ludzi trzeba częściej przebierać, zmieniać im pościel, sami zapewne wiecie dlaczego, nie chcę tego opisywać bo i po co?
No dobrze do rzeczy, po cóż powstał ten post i czego oczekuję po publikacji?
Oczekuję pomocy w pomaganiu, może trafi się dobra dusza, która przyśle koszulkę nocną bądź komplet pościeli, może ktoś z Łodzi przeczyta i przyniesie kilka podkoszulek bądź pidżam, może przeczyta to jakiś producent kosmetyków na odparzenia, odleżyny i zechce się podzielić z tymi ludźmi sercem, tak dokładnie sercem, bo przekazanie produktu to okazanie im serca i ulżenie w bólu.
Może razem damy radę sprawić by umierali w godnych warunkach, czystej miękkiej pścieli a nie w zielonych, papierowych poszwach, czy niebieskich papierowym pidżamach...
Wiele można pisać ale czas kończyć post bo i tak już przesadziłam z długością i obawiam się, że większość i tak nie dotrwała do końca. Jeśli jednak choć mała garstka dotrwała, doczytała i chce pomóc, to proszę, bardzo proszę, pomóżcie, pomóżmy, pomóżcie mi pomagać.

Przepraszam za brak stylu, gramatyki, może i jakieś byki się trafiły ale piszę z serca, bez słownika.











4 komentarze:

  1. Podziwiam, że podjęłaś się pracy w takim właśnie miejscu. Dla mnie śmierć jest nie do zrozumienia, to coś strasznego, jak tu dalej życ jak inni wokół ciebie umierają

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trzeba żyć i dać choć trochę ciepła uśmiechu i serdeczności ludziom, zwłaszcza w tych ostatnich dniach.

      Usuń
  2. Musisz mieć piękną duszę i dobre serce, że Cię życie powołało do tej roboty i że dajesz radę. Życzę wielu sił! Skoro jesteś z Łodzi, mam propozycję, odszukaj czy to na fb czy w google, adresu siedziby Łódzkiego Okręgu ZHR (Związek Harcerstwa Rzeczyposolitej). Mnóstwo starszych harcerek, wędrowniczek i wędrowników szuka pola do służby. Mogli by przyjśc raz w tygodniu poczytać książkę takim ludziom, pogadac, albo zorganizować zbiórkę wymieninych przez Ciebie rzeczt na większą skalę. Z naprawdę dobrym efektem!
    powodzenia!
    www.grzecznipodopieczni.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że tak późno odpisuję, ale troszkę się działo :) Super akcja z pościelą i ciuchami, później udało się zrobić paczke dla pacjentów na święta. Jestem przeszczęśliwa, kilka usmiechów udało się zdobyć. Znajdę Was na fb i jeśli tylko pozwoli dyrekcja, to postaram się zorganizować jakąś fajną akcję, czytanie wydaje mi się super <3 Dziękuję bardzo :*

      Usuń

Bardzo dziękuję za każdy pozostawiony komentarz. Jest to znak, że ktoś mnie czyta :D

AVON - SUKCES FIRMY GWARANTUJE ŚWIETNA KONSULTANTKA

Dzień dobry 😊  Jak wszystkim wiadomo, jest na polskim rynku kilka firm kosmetycznych, działających w systemie sprzedaży bezpośredniej. Ta...

Copyright © 2014 Testowanie z Marieną , Blogger